#7 A co z 366 historiami Kobiet dla Kobiet? #2 ebook

Mam plan. Mam historie. Dopiero początek. 30. Taki był pierwotny zamysł. Jestem przekonana, że trafią do mnie właściwe historie osób, które będą inspirować Świat. Ideą jest wydanie ebooka #2 zaraz po Ebooku z wierszami, z którego podobnie jak z ebooka z utworami / wierszami, dochód będzie przeznaczony na cele charytatywne.

Będzie śmiech, płacz, łzy, wola walki, wola życia, depresja, przemoc, strata, niemoc… radość, siła, misja, miłość do świata, miłość do innych, miłość do siebie, godność.

A oto przedsmak…

Siedzę w tej dziurze emocjonalnie czarnej i myślę o tym, jak się tu znalazłam…Siedzę zupełnie sama z podkulonymi pod brodę kolanami ściskając kostki sinymi palcami nie mogąc złapać oddechu. Siedzę. Bez ruchu. Ja. Dorosła Kobieta. Chcę udusić się mentalnie, abym mogła powstać jak ze śpiączki i zacząć wszystko od nowa…


Kolejny terapeuta, kolejny wywiad, kolejna bezsensowna rozmowa, kolejne coś, co mi nie pasuje w osobie, której chcę zawierzyć siebie, i z którą chcę poddać się zmianie…

Kolejne godziny taplania się w przeszłości i próba zamazania niechcianych obrazów, albo jak mówił terapeuta, próba zminimalizowania natężenia odczuwanych emocji, które są żywe…a może powróciły jako żywe…

Tak zdecydowanie to drugie…przez długi czas czarne obrazy były przeze mnie wyparte…po to tylko, by pewnego gównianego dnia ożyły i powróciły do mnie z siłą huraganu, który zmiata wszystko z powierzchni, zostawiając jedynie igłę zakopaną w ziemi, na której kiedyś stał stóg siana…to ja byłam tą igłą..

Na wpół przytomna siedząc skulona miałam nadzieję, że jest jest dla mnie…nadzieja..

Setki bezsennych nocy i stron w Internecie w poszukiwaniu ‚czegoś’…szukałam, sama jeszcze nie wiedząc, czego szukam…przeglądałam strony, czytałam artykuły, zamawiałam kolejne książki, które miały być moją nadzieją na zmianę… miały być plastrem na rany…Tyle wiedziałam…Jak innym się udało, to mnie też się uda…słuchałam historii..od zera do bohatera… tyle tylko, że nigdy nie uważałam siebie za zero, a bohaterem też nie chciałam być…choć pewnie mogłam..bo przecież przez większość swojego dzieciństwa pełniłam właśnie taką rolę…


Dzień po dniu mijał…Byłam słaba, byłam pusta w środku… nie wiedziałam, czego i gdzie szukać, bo wtedy nikt mnie nie nauczył, nikt mi nie powiedział, że abym osiągnęła spokój, nie znajdę TEGO na zewnątrz.

Chciałam zmiany. Pragnęłam, aby obrazy z przeszłości przestały się pojawiać…Nie chciałam spać bo nie chciałam śnić…Jak opętana, szukałam sposobu, jak uleczyć skutek..bo nikt mi nigdy nie powiedział, że mój stan, to uczucie które mierzi jak dziura w starym bucie, to moje wewnętrzne dziecko, które stłamszone butem dorosłości weszło do szafy i przesiedziało tam ponad 30 lat…po to tylko, żeby wyleźć jak ta mara czarna i objąć moją szyję zgrabnie wypielęgnowanymi dłońmi zaciskając je wokół szyi i wbijając paznokcie pomalowane czerwonym lakierem przeznaczonym dla kobiet sukcesu, odbierając mi głos…zaciskając dłonie mocniej i mocniej, aż nie mogłam już oddychać…

wtedy pojawiły się ataki paniki…

Nikt mi wtedy też nie powiedział, że ataki paniki związane są ze stresem, stresem chronicznym, wiecie, tym długotrwałym…tym nadmiernym, tym który odbiera wszystko, jak kat emocjonalny swojej ofierze…jak sprawca przemocy zimnej, który wierzy w dobro swoich intencji…

Czułam się ofiarą.

Ofiarą życia, która jako dziecko nasłuchiwała kroków pijanego ojca, która słuchem doskonałym wiedziała, w jakim stanie wraca do domu i czy znowu trzeba go zaciągnąć do łóżka, kiedy matka, udając, że wszystko jest w porządku o północy wychodzi uśmiechnięta w starej sprzed 10 lat koszuli nocnej by powiedzieć: idź spać…jutro szkoła… Szkoła… Próbuję zasnąć, o 6 trzeba wstać, abym wyprawiła młodszą siostrę do szkoły kiedy matka od 4 rano zarabia na chleb… Poczułam się głodna.

Dziś prawie 40 letnia kobieta, stara panna jak mówią ciotki, singielka jak mówią pracownicy, czułam głód tej 8 letniej dziewczynki, która oddała ostatni kawałek chleba młodszej siostrze. Miałam 8 lat, czułam się samotna, byłam głodna, zmęczona, po kolejnej nieprzespanej nocy wypatrując ojca, który kolejny raz nie wrócił po pracy do domu…

Nienawidziłam matki. Była słaba. Nie potrafiła nas od niego zabrać. Ojciec był dla mnie dobry, kochał mnie bardziej niż moją siostrę.

Miałam 8 lat kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że gardzę swoją matką, bo to ja byłam nią w tej rodzinie dla jej młodszej córki.


***

Kolejne śledzenie stron w Internecie w poszukiwaniu…jak przywrócić oddech…Jeśli przy koszyku, do którego można było online dodać książkę w celu zakupu pojawiał się kurs na płycie, kupowałam płytę, jeśli było tam szkolenie online, seminarium, kod dostępu do dodatkowych materiałów – kupowałam.

Czytałam, wertowałam, uczestniczyłam….i nic…uczucie potrzeby ‚poszukiwania’ nie znikało…

Miałam nawet wrażenie, że czym więcej wiem, tym więcej wiem, że nie wiem nic i nawet nie wiedziałam, w którym kierunku podążać…

Moje koleżanki medytowały, jogowały, piły zioła, chodziły na kolejne kursy, szkolenia rozwoju osobistego…a ja patrzyłam na nie jak z normalnych osób, takich ze zwyczajnymi problemami, nagle stają się kimś, kim nie są… już przestałyśmy do siebie pasować.

Ja byłam kobietą sukcesu. Takie nie mają koleżanek.

A bynajmniej ja nie miałam.

Coraz bardziej wycofywałam się z życia społecznego.. by jak najwięcej czasu spędzać w samotności.

Świat mnie bolał.

Bolała mnie dusza.

Bolała mnie mała 8 letnia dziewczynka, bolały mnie nogi, ręce, moje ciało wilgotnie od środka płonęło rozpaczą. Byłam uwięzioną 8 latką w ciele starej panny singielki bezdzietnej bez kota kobietą sukcesu


Depresja długo pukała do moich drzwi, po cichu, dyskretnie, powoli, subtelnie, z nonszalancją…


Siedząc skulona w łazience, w czerwonych szpilkach, z rozmazanym tuszem do rzęs, z czerwoną szminką rozmazaną po twarzy chciałam mentalnie umrzeć w nadziei, że odrodzę się kimś innym…

Byłam Alicją w Krainie Czarów. Byłam nią. Trwałam, aby przerwać. Za dotknięciem podniebienia zaczarowaną pigułką byłam raz duża, a raz mała, raz dorosła, a raz dziecko, raz matka a raz siostra, raz córka a raz żona…

Nic nie było takie, jakie powinno być. Wtedy było to normą. 8 letnie koleżanki też tak miały, bo zdarzało nam się razem płakać w toalecie i narzekać na swój los dziecka alkoholika.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam. Nic nie wiedziałam. Nie wiedziałam do momentu, aż stałam się dorosła. Obietnice były łamane, kłamstwa maskowały rzeczywistość, relacje były zdystansowane i zimne.

Trwałam by przerwać. By przeżyć. By być dla siostry oparciem, kiedy matka kolejny raz płakała do poduszki bojąc się drania…

%d blogerów lubi to: